30 TŻ: nas nie dogoniat!

Napięte mięśnie, spocone czoło i wzrok szukający zdobyczy… Tak! Cel namierzony! Teraz wystarczy tylko dotrzeć do niego przed innymi zawodnikami. START!

I ruszył!

Delikatne sapanie daje nam jasno znać, że osiągnięta prędkość to niemal prędkość maksymalna. Noga za nogą, łokieć za łokciem, cel jest już na wyciągnięcie ręki. Jeszcze tylko parę centymetrów… i jest! Udało się! Kapeć zdobyty! Póki pozostali zawodnicy są w tyle, wyciąga język, żeby rozkoszować się chwilą zwycięstwa! Już prawie udaje się włożyć kapcia do buzi, lecz nagle co to? W ostatniej chwili zjawia się zawodnik nr 2 i wyrywa zdobycz z głośnym: ‚Fe Ignasio! Fe!’.

30 tygodni – tyle potrzeba, żeby zacząć pełzać!

Tak, ten tydzień to ciągłe gonienie za Ignasiem 🙂

Uwielbiam tą jego mobilność, to już nie jest totalny nieborak, ale pełzający szkrab! Musimy kupić zabezpieczenia na gniazdka, bo już zaczynają go interesować.
I powoli rozkminia zapalanie światła w pokojach i łazience. Zapewne rachunki za prąd nam skoczą od jego ciągłego zapalania i zgaszania 🙂

Zabawy z tatą

Ponieważ ignasiowy tato był chory, to tydzień spędziliśmy bardziej domowo. Poranne spacery po lesie, które oboje uwielbiamy (zrywanie listków i dotykanie kory drzew jest takie fascynujące!) skończyły się przebitą dętką 🙂

Do diety powolutku dołączamy nowe smaki, tu Ignasiek próbuje domowego soku z buraków. Nie powiem, żeby był nim zachwycony 😉

Testowanie soku z buraków

Czyż to nie jest cudny uśmiech? <3